http://dzikiszlak.com
O mnie Notatki z podróżyGaleria

Notatki z podróży

2015-02-08

Spotkania wryte w pamięć część 2

Ciąg dalszy spotkań wrytych w pamięć, ile ich było, dziwnych, niezwykłych, a nawet całkowicie odjechanych? Sporo, niektóre pamiętam dobrze, niektóre słabiej, inne przypominam sobie wertując kartki notatek. Jak zwykle to bywa wartość niektórych dostrzegam dopiero po latach, a inne od pierwszego momentu były ostentacyjnie i obscenicznie niezwykłe..

 

W turbazie, w której się zatrzymałem na Olchonie była, jak to zwykle w turbazach, kuchnia polowa do użytku turystów, ale również używana przez gospodynię i właścicielkę turbazy. W kuchni tej była odpowiednia ilość garów, patelni i sztućców, oraz wszelkich innych rzeczy, które w takiej kuchni oddanej do użytku dla wielu ludzi powinny się znaleźć. Był też tam pewien niski, stary, przeżarty alkoholem Buriat, który pomagał, w miarę swoich możliwości, w prostych czynnościach związanych z działaniem turbazy, a to drewna narąbał, a to w bani napalił, podłogę zamiótł, do pieca dołożył..

Zasadniczo nie zwracałem na niego uwagi, ot siedział gdzieś pijąc kawę lub herbatę, albo troszkę się krzątał, tyle ile musiał, żeby gospodyni na niego za bardzo nie warczała.

Pamiętam,  przyszedłem wtedy przygotować sobie obiad ze złapanego w Zatoce Żagli szczupaka, a on nie mając nic widać do roboty siedział na stołku, pił kawę i przyglądał się mojej krzątaninie w milczeniu.

Trwało to chwilę, dzwonka szczupaka już się rumieniły na patelni, gdy zagadał.

- A ty z daleka  przyjechałeś?

- Z Polski.

Buriat się zadumał, pokiwał głową, podniósł brwi.

- No ja właściwie też jestem Polakiem - oświadczył niespodziewanie, patrząc w zamyśleniu gdzieś w dal przez ścianę...

Troszkę mnie zaskoczył taką deklaracją, popatrzyłem na niego uważniej, był absolutnym Buriatem, niewielki, skośnooki, ciemnoskóry jak wysuszony daktyl, Polaka było w nim tyle, co we mnie Chińczyka.

- No jasne..

- Naprawdę. Jestem Polakiem i nazywam się Branicki.- tu zrobił troszkę teatralną przerwę i dodał - Z TYCH Branickich.

Byłem zdziwiony, skąd buriacki pijaczyna może wiedzieć, że Branicki to polskie nazwisko, skąd wie że istnieli w ogóle jacyś CI Braniccy?

Jakby w odpowiedzi na moje zdziwienie wyjął dokumenty i pomachał mi nimi przed nosem, faktycznie, jak byk pisało Branicki.

- Tak – kontynuował pan Branicki - nie jestem Buriatem tylko metysem, dawno temu moja prababcia była gosposią u polskiego zesłańca hrabiego Branickiego, a on był nie byle kim bo spokrewniony był z samym Carem, to i zesłanie miał lepsze, ze służbą, na polowania jeździł, do wód ciepłych..

A po pewnym czasie urodził się prababci mój dziadek, który został uznany przez hrabiego, dostał nazwisko, widać dobrze było hrabiemu z moja prababcią.. Żyli razem jakiś czas, potem hrabiemu skończyła się zsyłka i wrócił do swoich, a babcia została. I są od pokoleń Braniccy na Syberii.

CI Braniccy.

No stary, pomyślałem, wychodzi na to, że jesteś spadkobiercą całkiem sporego majątku w Polsce, a ty tu kuchnie sprzątasz...

Uśmiechnąłem się do niego - W takim razie bardzo mi miło, panie Branicki - wyraźnie mu się spodobało to „panie”, chociaż Rosjanie zwykle się wyśmiewają z tego naszego grzecznościowego zwrotu.

- O tak, mi również miło – odparł..

Szczupak był gotowy, wyjąłem chleb, zaparzyłem herbatę i zjadłem sobie posiłek z panem Branickim.

Z Tych Branickich.

A co..

 

 

Drugie podobne zdarzenie miało miejsce rok później.

Dotarłem do Siewiernobajkalska wraz ze spotkaną po drodze grupką turystów: parą młodych Niemców okrążających świat, trójką Austriaków chcących pojeździć po tajdze na rowerach (tak właśnie, na rowerach po tajdze, różni ludzie się tam trafiają), Szwajcarką udającą się na Kamczatkę i Rosjanami, którzy zamierzali spłynąć Leną na pontonie.

Dopłynęliśmy wodolotem ”Kometą” do portu i po znalezieniu w portowym kampingu miejsca do spania, poszliśmy do pobliskiej knajpy na kolację. Niestety w knajpie skończyło się jedzenie, zostało parę kromek chleba, cztery gołąbki i wódka. Cóż było robić, wzięliśmy co było, po pewnym czasie w stanie lekkiego upojenia wróciłem na kamping.

A na kampingu całkiem spora impreza, jedzenie, gitary, ognisko i wszyscy nas zapraszają, ktoś wcisnął mi w rękę półtoralitrową plastikową butle z piwem, ktoś inny się posunął robiąc miejsce na ławeczce. Imprezowania ciąg dalszy, a ja myślałem naiwnie,  że na jednej flaszce i gołąbku się dzisiaj skończy... Przed szczerą gościnnością trudno się bronić, przysiadłem i miarę swoich możliwości próbowałem pić i śpiewać wraz z nimi. Po chwili ktoś zapytał czy jestem z Polski, a gdy potwierdziłem z uśmiechem wskazał mi dziewczynę siedzącą po drugiej stronie ogniska, która wtórowała gitarzyście całkiem miłą grą na flecie.

- To jest prawnuczka Kościuszki. Tego waszego Kościuszki.

Przypatrzyłem się dziewczynie, była dziwnej urody, ale mój pijany umysł szybko doszukał się w jej rysach podobieństw do portretu naczelnika.

Zdawałem sobie sprawę, że jestem już pijany, więc zwalając winę na alkohol upewniłem się pytając ją wprost.

Dziewczyna z miłym uśmiechem potwierdziła, że naczelnik Kościuszko miał liczną rodzinę, która w czasach zaborów wyemigrowała w rejon Petersburga, a potem dalej na Syberię.

Nazwisko Kościuszko przetrwało i jest dzisiaj nawet dość liczne.

To, że pochodzą od tego Kościuszki jest przekazywane w rodzinie z pokolenia na pokolenie.

I są z tego dumni.

No jak miło.

Uniosłem butlę z piwem ona uniosła swoją szklankę, stuknęliśmy się na zdrowie i wrócili do śpiewów.

I zwróciwszy od tego momentu baczniejszą na nią uwagę, muszę przyznać, że bardzo ładnie grała na tej piszczałce i nawet, jeśli nie znała jakiejś piosenki chwile słuchała a potem wchodziła w melodie przy drugiej zwrotce, ze wspaniałym wyczuciem.

A grali Rosjanie, grali Niemcy, bardzo różne melodie i piosenki.

Na drugi dzień jeden z Rosjan przywitał mnie uśmiechem a widząc moją skacowaną minę rozweselił się jeszcze bardziej.

- Witaj zuchu!!!

- Czemu zuchu? – Spytałem zdziwiony, zastanawiając się czy nie mam jakiś luk w pamięci.

- Czemu? Bo tylko Polacy potrafią tak mieszać wódkę z piwem, każdego normalnego człowieka by to zabiło…

Jeśli takie zdanie o Polakach mają Rosjanie na Syberii, to któż z nas u licha tam jeździ???

A kac faktycznie był porażający.

 

Podziel się swoimi uwagami
Imie :
Treść :
Zaznacz, że nie jesteś robotem
Sławek
2015-11-03 02:33
Kapitalne :) Pozdrawiam i czekam na kolejne wpisy
wasut
2015-02-21 22:10
Jak to kto? To ci starzy, schorowani dziadkowie z busików, z siatkami leków...
Powrót